Mam takie wrażenie, że obraz można malować bez końca. Każda zastana na podobraziu kompozycja stanowić może punkt wyjścia do stworzenia kolejnej. I kolejnej, i kolejnej…
Często wiele struktur i kompozycji jest bardzo interesujących – mogłyby one być zatrzymane pod postacią „skończonych” obrazów. I pewnie mogłyby one „cieszyć oko” innych, a ja posiadałbym znacznie większą kolekcję.
Kieruje jednak mną jakiś wewnętrzny przymus szukania dalej, jeśli tylko przeczuwam, że coś jest nie tak z kierunkiem. Podążanie za tym „przymusem” jest jak miecz obosieczny – nie zawsze daje lepszy efekt. Szkoda mi tracić coś, co ma wartość, a jednak, szukając dalej, najczęściej psuję obrazy w sposób nieodwracalny.
Często zadaję sobie pytania – co ma wpływ na decyzję o zatrzymaniu obrazu i uznaniu go za skończony? Bądź co ma wpływ na dalsze poszukiwania, kosztem straty tego, co już udało się wypracować?
Jeśli przyjąć, że ma na nią wpływ jakiś wewnętrzny kompas wskazujący kierunek myślenia o obrazie, to w takim razie sam w sobie dobry obraz chyba nie jest celem pracy. Celem jest dobry obraz, ale namalowany w oparciu o przekonanie, że zmierza on w tę właśnie stronę, która jak najbardziej rezonuje z moimi „wewnętrznymi przestrzeniami”. Przy czym zaznaczyć tu muszę, że bardzo trudno nazwać i opisać te przestrzenie – są one efemeryczne i często w pewnym zakresie zmiennokształtne.
Być może obawiam się, że tworzenie obrazów, które są obiektywnie dobre, ale nieadekwatne do wyobrażonego kierunku, zmienia ten kierunek na inny, a ja zacznę tracić tę pierwotną wizję czy też intuicję.
I choć domeną malarstwa może być ciągłe poszukiwanie nowej formy, to jednak metoda dochodzenia do owej formy w moim przypadku musi wynikać z bezwzględnego odrzucania wszystkiego, co tylko choć trochę nie dźwięczy tak, jak trzeba, i odstaje od – jakże intuicyjnego przekonania – że kierunek jest słuszny…


