Założyłem, że uzyskanie interesującej płaszczyzny malarskiej może przerodzić się w wartość merytoryczną obrazu (rozumianą jako jego treść, temat). Nieustanny eksperyment z materią malarską i techniką malowania utożsamiam zatem z poszukiwaniem „treści obrazu”.
Tej treści szukam w autonomicznych, nieznanych mi malarskich przestrzeniach. Od lat mam odczucie, jakbym w trakcie tych poszukiwań napinał pewną niewidzialną membranę. Nieraz była ona tak napięta i cienka, że niemal widziałem, co jest po jej drugiej stronie. Widziałem piękne, tajemnicze przestrzenie – a tematy wyłaniały się z nich niemal samoistnie. Po czym wykonywałem ruch o jeden za dużo…
Jedna zła decyzja wystarczy, żeby nieodwracalnie zburzyć misternie budowane malarskie zjawisko. Bo zjawiska te są ukonstytuowane nie tylko za pomocą kompozycji obrazu (którą zawsze można w pewnym sensie odtworzyć), ale być może przede wszystkim za pomocą indywidualnego „brzmienia” obrazu. Tę subtelną wibrację, choć trudną do opisania, to mocno odczuwalną, łatwo zakłócić w sposób nieodwracalny. Mam wrażenie, że takich prawie odkrytych, a finalnie „popsutych” i zapomnianych światów-obrazów zostawiłem za sobą tysiące…
Szukanie malarskiej przestrzeni można też utożsamić z rozwiązywaniem zadania matematycznego z dużą ilością niewiadomych. W praktyce próba rozwiązania takiego zadania rozłożona jest z reguły na długie lata eksperymentów: zmagań z doborem idei obrazu (albo idei „na obraz”), właściwościami farby, materią podobrazia, narzędziami, metodami malowania oraz poszukiwaniem adekwatnego, zamykającego całość, malarskiego gestu. Wszystkie powyższe aspekty składają się na malarskie równanie, które albo zostanie rozwiązane w poprawny sposób (spójny wewnętrznie obraz), albo z błędami zakłócającymi ową integralną klarowność formy i sugestywność komunikatu.
Przyszedł moment, kiedy wykonany eksperyment nad namalowaniem obrazu przyniósł wyjątkowo ciekawy efekt. Udało mi się odkryć i – co ważne – zapamiętać pewną szczególną sekwencję malarskich ruchów. Tym razem napięta już do granic wytrzymałości membrana pękła, a rzeczywistość, którą zastałem po tej metaforycznej drugiej stronie lustra, wciągnęła mnie bezpowrotnie do swojego wnętrza.
Ilość zjawisk zawieszonych w tym niezwykłym pejzażu, bez linii horyzontu oraz bez góry i dołu, jest wprost nie do opisania. Przestrzeń odczuwa się tu jako nieskończoną. Przypomina może to miejsce oceaniczną toń albo próżnię kosmiczną, jednakże gęsto wypełnioną niezwykłymi fenomenami: organicznymi strukturami widzianymi jakby pod mikroskopem, skalnymi pejzażami, sieciami włóknistych struktur, przebłyskami światła. Stosując tę wypracowaną technikę malowania czuję, jakbym niemal eksplorował nieznaną, obcą planetę – tak piękną i fascynującą, jak i tajemniczą oraz nieprzystępną. Chcę odkrywać coraz dalsze zakamarki tej rzeczywistości.
Efektem tych poszukiwań jest seria kilkunastu średnioformatowych obrazów. Sposób ich namalowania opiera się na autorskiej metodzie, którą określam mianem „metody archeologicznej”.


