Malarstwo postrzegam jako próbę dochodzenia „jak najgłębiej” — do jądra, do struktur pierwotnych. Chciałbym tworzyć obrazy, których oglądanie będzie czynnym, dynamicznym procesem — procesem nie tylko na poziomie interpretacji treści obrazu, ale i na poziomie czysto percepcyjnym.
Jak sobie wyobrażam taki proces?
Przypomina on analizę obrazu przez mikroskop stereoskopowy. Takie urządzenie pozwala na płynną zmianę stopnia powiększenia tego, co jest oglądane. Fascynuje mnie właśnie taka materia malarska, która pozwala (czy wręcz prowokuje do tego), by różnicować odległości, z jakich obraz jest oglądany — od dużych dystansów do odległości bardzo niewielkich, nawet liczonych w centymetrach.
Aby zachęcić odbiorcę do takiej analizy, materia malarska — w swoich najmniejszych wycinkach — musi być bardzo zagęszczona, niejednorodna, nasycona jak największą ilością informacji. Efekt taki można uzyskać poprzez zróżnicowanie wartości kolorystycznych, gradacyjnych, rysunkowych czy teksturalnych.
Tak wykreowana materia posiada wizualną głębię przypominającą bezkresny pejzaż o nieskończonej liczbie „obrazów w obrazie”. Zdajemy sobie sprawę, że patrzymy jednocześnie na jeden obraz (rozumiany jako całość) i jednocześnie na „tysiące” autonomicznych światów malarskich, które ten jeden obraz tworzą, a przemieszczanie się wzroku odbiorcy wg kierunków góra–dół, lewo–prawo oraz dalej–bliżej daje niezwykłe odczucie przebywania w trójwymiarowym modelu przestrzennym…


